Mój początek wszystkiego


Długo zastanawiałam się, czy podjąć się tego tematu. Moja historia nie jest krótka, ale sytuacje, których byłam udziałem odcisnęły się na moim życiu. Dlatego muszę Wam opowiedzieć wszystko od początku. I gdyby nie pewna osoba, możliwe, że nie było mnie tu. Nie dałabym rady się podnosić za każdym razem, kiedy miałam tak bardzo dość poniżenia, życia i swojej bezsilności. 
Opowiem Wam historię małej dziewczynki, nastolatki wreszcie młodej kobiety. 


Jak byłam mała moja mama musiała wyprowadzić się z domu, który straciliśmy przez dziadka. Zamieszkaliśmy wraz z rodzeństwem w ośrodku dla bezdomnych. Wbrew pozorom większość lat życia, które tam spędziłam uważam za szczęśliwe. Kiedy o nich myślę, przypominam sobie je - widzę słońce. Nie wiem czemu, ale tak mi zostało. 
Bawiłam się z całą ferajną dzieci, budowaliśmy bazy, czy bawiliśmy się w dom. Stłuczone kolana były na porządku dziennym, ale nie przeszkadzały mi one w podbijaniu mojego dziecięcego życia. Jednak zawsze na uboczu stało jedno ''ale''. Był nim mój ojciec. Wiecie kim dla mnie był? Moim punktem odniesienia, człowiekiem, na którego patrzyłam z uwielbieniem, którego idealizowałam. Ojcem, z którym skakałam przez kałużę, z którym jedliśmy lody, zawsze wybierałam polewę toffi, a on wtedy nazywał mnie swoim ''tofikiem''. Jednak ten ojciec zrobił swojej córeczce coś okropnego, coś czego nie powinien zrobić żaden mężczyzna małej dziewczynce. I wtedy ten człowiek stał się potworem. Wiecie co jest najbardziej popieprzone? Ano to, że bardzo chciałabym tego nie pamiętać, aby to wspomnienie nigdy do mnie nie wróciło, bo gdzieś w głębi siebie nadal jest tym kochanym ''tatusiem'', któremu wskakiwałam na barana i za którym tęsknie. Chociaż ten człowiek wzbudził we mnie wstręt do samej siebie. 

Moja mama w ośrodku poznała ojczyma. Nie wiedziałam, że on również będzie potworem, tylko on ujawniał się w nim powoli. Po kilku latach mieszkania w tym ośrodku, zamieszkaliśmy u babci na wsi. Wtedy miałam oprócz siostry również trzech braci. 
Wiecie jak zachowuje się pies spuszczony ze smyczy? Tak było również z moim ojczymem. Piwko, wódeczka były na porządku dziennym. Nieważne, czy to był dzień, czy wieczór. Jeden kieliszek rano, drugi do obiadu i poleciało. Ile razy musieliśmy uciekać z domu w środku nocy i włóczyć się po obcych ludziach to nie zliczę. Ciągłe kłótnie, awantury i poniżanie. Niekiedy szarpał nas i bił. Tylko wiecie co najbardziej boli? Nie te wymierzane razy, ale słowa. Bo to one podkopują twoją pewność siebie i wiarę. To one sprawiają, że masz ochotę zamknąć się w sobie, że masz ochotę całkiem zniknąć, aż w końcu sięgasz po tabletki. Nie potrafiłam sobie z tym pomóc, nie napisze, co takiego mówił, ani wykrzykiwał, bo za dużo niecenzurowanych słów, by się znalazło. 

Drugim piekłem oprócz domu, była szkoła, która też przyczyniła się do mojej próby samobójczej. Wiecie jak to jest, kiedy przechodzisz korytarzem, a na ciebie inni patrzą, wytykają palcami obgadują? Dla Was to może nic, ale dla mnie, która miała dość wszystkiego to było ''coś''. To był kolejny głaz, który mi ciążył. Bo tam również mnie poniżano, umniejszano mojej wartości. Słowa bolą najbardziej, nawet te nieprzemyślane.

Nigdy nie byłam otwartym dzieckiem, ale wtedy całkiem zamknęłam się w sobie po cichu licząc, że ktoś coś zrobi i to wszystko, co złe minie. Jednak mijały lata. Sytuacja w domu się nie poprawiała, mama nie chciała odejść od ojczyma. Mówiła, że go nie kocha, ale sama by sobie nie poradziła. Do dziś nie potrafię tego zrozumieć. 

Później poznałam mojego obecnego męża. Byłam młoda, ale to mu się udało sprawić, że chociaż na chwilę mogłam zapomnieć o szkole, o ojczymie, o swojej beznadziejnej sytuacji. Pokazał mi, że nie muszę się siebie brzydzić. Przy nim znów byłam beztroskim człowiekiem, czułam się dla kogoś ważna i wyjątkowa. Wiecie jakie to dla mnie było ważne? Odnalazłam światełko, ostatnią deskę ratunkową, której mogłam się trzymać. Pierwszy raz w życiu wiedziałam, że choćby nie wiem, co to nie utonę, bo on wyciągnie rękę. Dzieliło nas 300 km, a on zawsze przyjeżdżał, kiedy obiecywał. Nawet wtedy, kiedy spadł z rusztowania i bolał go kręgosłup. Kiedy mój ojciec rzucił mną o ziemie - uciekłam z domu.  Wystarczyło, że go poprosiłam by był przy mnie, bo znów nie daje rady, a on wsiadał w auto nawet jeśli wiedział, że będzie musiał tłumaczyć się swojemu szefowi. 

Wiecie, co w tym wszystkim najlepsze? Wszyscy wiedzieli o naszej sytuacji. Szkoła, MOPS, mieszkańcy wsi - nikt nie pomógł. Zamykali na to oczy. 

Później zaszłam w ciąże. Bardzo się bałam, ale to był mój nowy początek. Wprowadziłam się do obecnego męża, wzięliśmy ślub. Z czasem doszłam do siebie. Nie było łatwo. Kurczę nadal nie jest łatwo, ale nie jestem już tą znerwicowaną dziewczyną, którą byłam wtedy. 
Mam czasem dni, w których czuję się beznadziejnie i jestem w rozsypce. Czasem wspomnienia wracają i wtedy jest jeszcze trudniej. Nie potrafię nikomu zaufać. Jest mi bardzo trudno otworzyć się na drugą osobę i bardzo łatwo zawieść moje zaufanie. Jednak zmierzam małymi kroczkami do przodu. Wiem, że nigdy nie zapomnę, ale to część mnie ta. Ta ciemna, brudna, depresyjna. 

Na co dzień nie myślę o tamtym życiu. Starałam się cieszyć byle bzdurami, potrafię śmiać chociaż w moich oczach nadal jest smutek. Mam kochanego męża, który daje mi czasem w kość, ale daje mi też oparcie. Wie, kiedy jestem smutna, kiedy potrzebuję by mnie po prostu trzymał. Nie zawsze jesteśmy we wszystkim zgodni, docieramy się jeszcze. Odnalazłam swój dom, swój kawałek siebie, miejsce, w którym chcę być. Mam również dwójkę wspaniałych dzieci i to one są teraz dla mnie punktem odniesienie. Trzymam się dla nich, bo zasługują na to, co najlepsze. Ba! Ja zasługuję. Staram się patrzeć na wszystko pozytywnie. Widzę zmiany w sobie, te na lepsze. Jestem ciut odważniejsza, powróciła mi pewność siebie, a i samoocena podskoczyła w górę. Znam swoją wartość i już nikomu nie pozwalam sobie dyktować w życiu.
Śmieję się, rzucam żartami - czasami tymi głupimi też mi się zdarzy.
Niby nic, ale mój początek wszystkiego zaczął się dla mnie nie tak dawno, bo pięć lat temu. 

Nie wiem czy kiedyś wybiorę się do specjalisty. O wiele łatwiej jest coś o pisać przed monitorem, niż w cztery oczy. Chcę zrobić to, kiedy będę gotowa na ten krok. I mam nadzieję, że kiedyś się na niego odważę.

Pamiętajcie, że słowa ranią, że zostają w głowie na zawsze. Nie tak trudno  zranić drugiego człowieka, ale sklejenie złamanego serca zajmuje ogromnie dużo czasu. Sklejenie samego siebie jeszcze dłużej. 

Gdyby nie Agnieszka, z @mamaczyta nie wrzuciłabym tego postu tak szybko. O ile w ogóle. Jednak napisała, że muszę to zrobić, aby pokazać innym kobietom, że istnieje coś poza wiecznymi awanturami. Bo jest też coś po nich, co na nie czeka. Coś lepszego niż to przez, co przechodzą. Tylko muszą mieć siłę, by zerwać więzy i po to sięgnąć. Warto zawalczyć o lepsze jutra. Nawet jeśli początki będą ciężkie. 

Szablon dla Bloggera stworzony przez Blokotka